
Myślę dziś o ostatnim facecie, w którym byłam zakochana. Osiem lat temu. Przez
te osiem lat powtarzałam sobie, jaki był żałosny i że to dobrze, że nic z tego
nie wyszło. A dziś przypomniałam sobie, jaki był miły, jak fajnie mi się z nim
gadało i jak cholernie mocno byłam w nim zabujana. I zaczęłam się zastanawiać,
co by było, gdybyśmy się zsychronizowali jednak i oboje chcieli tego samego w
tym samym momencie i gdyby on potem nie stwierdził, że jednak nie ta płeć go
interesuje... Gdzie bylibyśmy teraz.
I nagle, jak idiotka, zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam po latach do
niego zagadać, odświeżyć znajomość. A potem pojawiły się fantazje, że znowu
między nami iskrzy i że próbujemy zbudować to, co nam wtedy nie wyszło...
To jest durne. Przypomniałam sobie, jak to jest, być zakochaną. To znaczy, jako
ja - to coś innego, niż czuć zakochanie twojej postaci... Przypomniałam sobie,
jak się wtedy czułam i co było w tym pięknego, mimo wszystko, dobrze wspominam
i jego, i tamten stan. I chciałabym znowu się tak czuć, znowu o kimś myśleć,
nawet, jeśliby miało się to znów skończyć niczym.
To przez terapię?
Przed świętami w Krakowie wisiał sobie plakat reklamujący akcję „Szlachetna paczka”. Nie wdając się w ideologię akcji, należy zwrócić uwagę na to, iż na plakacie widniał Grzegorz Turnau wyskakujący z pudełka jak zabawkowy diabełek. Na otwartej pokrywce widniał napis „Ostrożnie, wrażliwy artysta!”. Problem z tym, że napis był od środka pudełka, a nie od wierzchu. Kto Wrażliwego Artystę zapakował w ten sposób, by ów, siedząc w pudełku i spoglądając na wieczko, we własnej wrażliwości się utwierdzał? Kto generalnie artystów tak pakuje? Dobre pytanie. Efekt jest taki, że gdy artysta już z pudełka wyskoczy, będzie tak bardzo na własną wrażliwość nakręcony, że zrani go najmniejszy podmuch wiatru. Niefajnie.
Kilka dni temu, gdy przed wyprawą do lekarza zajrzałam na NL, Gokuma podrzuciła mi link do wpisu na blogu Jakuba Ćwieka. Za Ćwiekiem nie przepadam – może nie do końca sprawiedliwie, ale „Kłamca” wydał mi się dziełem mierniutkim. Potem za nic już się nie zabierałam. Tak czy inaczej, dyskusji nie streszczając, bo kto chce, sam ją znajdzie, przeczyta i załamie się na własny rachunek, stwierdzam, że czas chyba z mojego własnego pudełka wyleźć. Za długo tam siedziałam, skoro, dowiedziawszy się o „wątpliwych moralnie” praktykach FS odniosłam to do mojej własnej krzywdy, nieporównywalnie mniejszej i wymiernej jedynie w nerwach i jednej sesji „Maga”. Fakt faktem, płaz zwany redaktorką I. zlał mnie z góry na dół i nie pogratulował, gdy mu podziękowałam grzecznie za pomoc i poinformowałam o publikacji. Być może ego ropuchy jest równie duże, co ego jaszczurki – nie mnie to oceniać. Ale moje własne ego nie powinno dodawać znaku równości między obiema sprawami. Nie, żeby mi się podobało to, co się na F teraz wyprawia w odpowiednim temacie, czyli próby ucinania dyskusji. Może to teoria spiskowa, może nie, kłótnie oczyszczają atmosferę... ale to nie moja atmosfera jest. Nie mój pudełek.
Siedzenie w pudełku z wrażliwym artystą jest równie parszywe, co siedzenie w rzemieślniczym gorsecie. Nie, żebym miała coś przeciw gorsetom – ale źle dobrany narządy wewnętrzne ci skręci w supełki. Prawdopodobnie najlepszym postanowieniem noworocznym będzie sprawienie sobie gorsetu na miarę. Nie wiem, co to za gorset będzie, ale nie z pudełka – tektura to kiepski materiał jest.