an-nah blog

Twój nowy blog


Myślę dziś o ostatnim facecie, w którym byłam zakochana. Osiem lat temu. Przez
te osiem lat powtarzałam sobie, jaki był żałosny i że to dobrze, że nic z tego
nie wyszło. A dziś przypomniałam sobie, jaki był miły, jak fajnie mi się z nim
gadało i jak cholernie mocno byłam w nim zabujana. I zaczęłam się zastanawiać,
co by było, gdybyśmy się zsychronizowali jednak i oboje chcieli tego samego w
tym samym momencie i gdyby on potem nie stwierdził, że jednak nie ta płeć go
interesuje… Gdzie bylibyśmy teraz.
I nagle, jak idiotka, zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam po latach do
niego zagadać, odświeżyć znajomość. A potem pojawiły się fantazje, że znowu
między nami iskrzy i że próbujemy zbudować to, co nam wtedy nie wyszło…
To jest durne. Przypomniałam sobie, jak to jest, być zakochaną. To znaczy, jako
ja – to coś innego, niż czuć zakochanie twojej postaci… Przypomniałam sobie,
jak się wtedy czułam i co było w tym pięknego, mimo wszystko, dobrze wspominam
i jego, i tamten stan. I chciałabym znowu się tak czuć, znowu o kimś myśleć,
nawet, jeśliby miało się to znów skończyć niczym.

 

To przez terapię?

Już dwa lata

1 komentarz

Dwa lata minęły mi tak szybko, że aż mnie to dziwi – dwa lata na pierwszym kierunku, który jest naprawdę mój. To ma w sobie coś niesamowitego. Poza tym, to już prawie dwa lata bez pewnej osoby – cudowna wolność, którą powinnam była zapewnić sobie wcześniej. Jasne, cięgle jeszcze nie doprowadziłam się w pełni do porządku, trochę to zajmnie, ten związek zniszczył mnie bardziej, niż myślałam, ale mam nadzieję, że jestem na dobrej drodze.
Tak naprawdę wszyscy mamy jakieś parszywe problemy, spod któych próbujemy się wygrzebać – i ja, i ludzie, z któymi jestem teraz blisko. I jakoś nam idzie, czasem jest gorzej, czasem jest lepiej. Za bardzo się martwię innymi, podobno, z tym też muszę sobie poradzić, ale już przestałam przynajmniej być święcie przekonana, że tak byc powinno i że alternatywą jest niezdrowy egoizm i skurwysyństwo. Jest jeszcze ten zdrowy egoizm, do którego dążę.
Mam pieniądze i puki co mam czas, więc się rozpieszczam, książkami, ciuchami, herbatą. Nawet na różane perfumy sobie pozwoliłam. Szukam pracy – dla kasy, też, ale bardziej, żeby zdobyć choć minimum doświadczenia i poczuc choć odrobinę samodzielności, czas najwyższy, siedzę w tym kloszu za długo. Moge pracy nie znaleźć, bo za późno się za to wzięłam – ale w piątek okazało się, że termin terapii mam dopiero na wrzesień… Tak czy inaczej, w to lato jestem pełna dobrych myśli… i aż mi się chce żyć, wybyć gdzieś na miasto i przebalować letnią noc :)

10.04.2010

Brak komentarzy

W pierwszym momenice miałam zwiechę i zaczęłam się zastanawiać, czy mi się czasem data nie pomyliła.
Ciągle jestem w szoku.

Geass

1 komentarz

Oglądałam dziś dalej „Code Geass”. Lelouch to kawał skurwysyna i naprawdę go nie znoszę, ale przez chwilę go rozumiałam.

Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

***

Od czterech dni jem tylko z obowiązku. Jedzenie mi smakuje, ale nie mam na nie ochoty. Kompletnie.

 

Przed świętami w Krakowie wisiał
sobie plakat reklamujący akcję „Szlachetna paczka”. Nie wdając się w ideologię
akcji, należy zwrócić uwagę na to, iż na plakacie widniał Grzegorz Turnau
wyskakujący z pudełka jak zabawkowy diabełek. Na otwartej pokrywce widniał
napis „Ostrożnie, wrażliwy artysta!”. Problem z tym, że napis był od środka
pudełka, a nie od wierzchu. Kto Wrażliwego Artystę zapakował w ten sposób, by
ów, siedząc w pudełku i spoglądając na wieczko, we własnej wrażliwości się
utwierdzał? Kto generalnie artystów tak pakuje? Dobre pytanie. Efekt jest taki,
że gdy artysta już z pudełka wyskoczy, będzie tak bardzo na własną wrażliwość
nakręcony, że zrani go najmniejszy podmuch wiatru. Niefajnie.

 

Kilka dni temu, gdy przed wyprawą
do lekarza zajrzałam na NL, Gokuma podrzuciła mi link do wpisu na blogu Jakuba
Ćwieka. Za Ćwiekiem nie przepadam – może nie do końca sprawiedliwie, ale
„Kłamca” wydał mi się dziełem mierniutkim. Potem za nic już się nie zabierałam.
Tak czy inaczej, dyskusji nie streszczając, bo kto chce, sam ją znajdzie,
przeczyta i załamie się na własny rachunek, stwierdzam, że czas chyba z mojego
własnego pudełka wyleźć. Za długo tam siedziałam, skoro, dowiedziawszy się o
„wątpliwych moralnie” praktykach FS odniosłam to do mojej własnej krzywdy,
nieporównywalnie mniejszej i wymiernej jedynie w nerwach i jednej sesji „Maga”.
Fakt faktem, płaz zwany redaktorką I. zlał mnie z góry na dół i nie
pogratulował, gdy mu podziękowałam grzecznie za pomoc i poinformowałam o
publikacji. Być może ego ropuchy jest równie duże, co ego jaszczurki – nie mnie
to oceniać. Ale moje własne ego nie powinno dodawać znaku równości między
obiema sprawami. Nie, żeby mi się podobało to, co się na F teraz wyprawia w
odpowiednim temacie, czyli próby ucinania dyskusji. Może to teoria spiskowa,
może nie, kłótnie oczyszczają atmosferę… ale to nie moja atmosfera jest. Nie
mój pudełek.

Siedzenie w pudełku z wrażliwym
artystą jest równie parszywe, co siedzenie w rzemieślniczym gorsecie. Nie,
żebym miała coś przeciw gorsetom – ale źle dobrany narządy wewnętrzne ci skręci
w supełki. Prawdopodobnie najlepszym postanowieniem noworocznym będzie
sprawienie sobie gorsetu na miarę. Nie wiem, co to za gorset będzie, ale nie z
pudełka – tektura to kiepski materiał jest.

 

Nananana :)

3 komentarzy

Jaszczurka poniekąd latająca. Łypie z góry na agamy i ropuchy.
Łyp, łyp

Wyrósł mi kolec na ogonie, czy nie?

A wczoraj LARP był. Unholowed Metropolis – taki system „niszowy” a na pewno nowy i mało znany. Postapokaliptyczna neowiktoriańska Anglia, z zombiakami na ulicach, smogiem w powietrzu… Bawiłam się świetnie, gracze byli cudowni – świetne stroje i rewelacyjna gra – intonacją, całym ciałem… Pandora, Arc i gość grający Okultystę dali wspaniały popis, ale inni też byli dobrzy – pani doktor, urzędnik z domniemanymi mocami prekognicji, szalona dziewczyna w bieli, hipnotyzer, prostacki asystent matematyka, inżynier-dhampir, arystokrata… Pierwszy mój LARP od dłuższego czasu, oby nie ostatni, oby się w przyszłe wakacje udało na Flamberg pojechać…

Zaczęło być fajnie, Pandora przeżyła wymianę, Keri znalazła
lokum, Mivi czuje się lepiej, poprowadziłam parę fajnych prywatnych sesji
(umiem odgrywać płacz tak dobrze, że sama zaczynam płakać…), wybierałam się
(może nadal się wybieram?) na kilka dni do Zakopanego, a mój plan zajęć na
semestr zimowy wygląda obiecująco (między innymi Hinduizm i Gnoza starożytna).
I co? I złapałam jakiegoś parszywego wirusa. Gardło mnie wczoraj zaczęło napierdalać
koło 19, wieczorem było tylko gorzej. Teraz jest lepiej, ale za to w skali od 0
do 10 moja koncentracja oscyluje w granicach 1-2. Grunt, że rozdział Zmierzchu
skończyłam, ale potem wysiadłam – nawet na Dukaja (Keri pożyczyła mi „W
kraju niewiernych”) nie mam siły. A myślałam, że skoro sobie nie pogramy,
to chociaż coś przeczytam i napiszę…
Nie no, grunt, że wczoraj, po latach, w końcu skończyłam „Ubika”.
Kiedyś nie mogłam przez niego przebrnąć, teraz wessałam jednym tchem. W
warstwie treściowej – genialne. Dicka za jego koncepcje słusznie się wychwala,
a „Ubik” zestarzał się tylko w warstwie „gadżetowej” – a i
to nie całej. Tylko styl suchy strasznie – nie wiem, czy to wina samego Dicka,
czy tłumaczenia, ale moja potrzeba pięknego języka cierpiała katusze… Dukaj
byłby teraz jak znalazł, ale jak na złość – koncentrację mam na niego za małą.

 

***

 

Jakiś rok temu ktoś życzył mi, żebym została kiedyś sama. W pewnym
momencie bardzo się tego życzenia bałam – teraz sądzę, że nie ma szansy się
spełnić. Nie umiałabym funkcjonować bez innych ludzi. I kiedy słyszę po raz
kolejny, że jestem dobrym człowiekiem, to aż mi się ciepło robi. Goddamnit,
czasem na to narzekam, ale chyba lubię być dobrym człowiekiem. Dzięki,
dziewczyny, kocham was.

Czuję się jak zepsuta latarnia morska – stoję na stabilnej skale, ale światło nie działa.

Jedna moja przyjaciółka zemdlała przedwczoraj na przystanku, druga ma sajgon w pracy, trzecia – w domu. A ja nie wiem, gdzie i jak mogę pomóc.

I jeszcze żeby tego było mało, spotkałam dziś kobietę – zapłakaną, w koszmarnym stanie. Mówi, że jest pielęgniarka, pokazuje legitymacje, mówi, że mąż zabrał jej dokumenty, że pieniędzy przy sobie nie ma, musi się gdzieś dostać, a nie ma jak, czy miałaybm choć złotówkę. A ja mam pusty portfel. Nic.

Mam wrażenie, że Bóg chciał mi coś powiedzieć, stawiając ją na mojej drodze akurat w tej chwili, kiedy poczułam się jak ta cholerna latarnia morska. Ale co dokładznie jebane Numinosum chciało mi przekazać, to nie wiem. Ja jestem za głupia na tak subtelne znaki. Boże, jeśli chcesz mi coś zlecić, wal z grubej rury.

Nienawidzę czuć się bezsilnie.

Paranoja

1 komentarz

Wszystko gotowe właściwie na jutro, pokój wysprzątany, składniki na obiad są. Mózg mam, plany mam, NPCe złożyli deklaracje i zeznania, prywatne sesje z graczami porobione.

…A teraz siedzę i czekam, co jeszcze może się zjebać…

Jedni są chorzy, innym brak empatii… Przynajmniej mogę się na tych bez empatii powściekać… jutro mi przejdzie. Życie ssie.


  • RSS